Przejdź do głównej zawartości

Posty

Deszcz. Nieobecność. Używki. Spowiedź.

Ludzie mają poważne problemy. Papieros w ustach kobiety w ciąży, podrażniona, zdarta skóra z pięści czy kamyk który utknął pod butem. A ja tęsknię za deszczem. Czy to nie jest nieodpowiednie? Dzisiaj znowu za nim tęsknię. Nauczyłam się jednak tworzyć jego złudzenie, żeby poczuć się przez chwilę lepiej. Otula mnie w ramionach i pozwala żyć. Łapie każdy oddech i zamyka w szklanym słoiczku, który później przekazuje mi w darze. Jest cudowny. Jednak poza zasięgiem. Oczami wyobraźni widzę jak przedziera się przez ciemność, jednak ja za długo w tej ciemności byłam. Ale to nie jego wina. Lubię go. Zabrałeś mi wszystko, mowę, umysł, teraz zabierasz też serce. Palę papierosa, słucham jazzu i zastanawiam się gdzie jest noc. Nocy już nie ma. Noc jest wtedy kiedy zasypiasz, śnisz, budzisz się. Ktoś powinien czekać, ktoś powinien być. A jest tak przeraźliwie cicho i pusto. Nicość to nie rozwiązanie. Chociaż, to już nie ważne. Co tak na prawdę ma w życiu jakieś znaczenie? Lepiej ...

próba definicji tęsknoty

Tęsknię. Cisza wspomaga tęsknotę jeszcze bardziej, cierpię, ale nie zrobię tego, nie napiszę, nie odezwę się, strach, że ty nie masz ochoty ze mną rozmawiać mnie paraliżuje. Nigdy nie czułam tego rodzaju strachu. Spokojnie pozwalam ci odejść w nieobecność, chociaż mój umysł podąża za tobą jak cień. Chłonie twoje gesty i słowa. Koniec myślenia. Koniec analizowania, Umyślnie nie myślę o wszystkim co się dzieje. Jak mi to wychodzi? Nie wychodzi. Wydaje mi się, że chciałabym nauczyć ludzi mnie nienawidzić. Jak grę w lotki kiedy nie możesz trafić, a strzelanie w ludzi tą miłością też jest niesamowicie frustrujące. Są może jakieś kursy nie przejmowania się innymi? Serca już się pozbyłam dawno, nie było potrzebne, denerwowało niesamowicie. Chociaż każdy uparcie twierdzi że właśnie moje serce należy do niego. Błąd. Sprzedałam je za mentalne "jaja" i paczkę papierosów. Jednak teraz zauważam przejawy dziwnego, nieznanego mi wcześniej uczucia. Rozrywa od środka, budzi w...

bentlejem z Betlejem

Chyba się udało. Osiągnęłam to czego oczekiwałam. Dzisiaj już z czystym sumieniem mogę stwierdzić że dawno nie roztrzaskałam kolana. Nie pamiętam kiedy ostatni raz podkradłam mamie jakiś kosmetyk. Nawet krzesło stało się zwykłym przedmiotem na czterech nogach, chociaż w podstawówce uparcie twierdziłam że do siedzenia wystarczą tylko dwie. Przestałam zauważać konkretne godziny, starając się wrócić do domu o 18. Teraz o 18 dopiero zbieram się do wyjścia. Czyżby to była właśnie ta dorosłość? Niedługo po "high school" zostanie tylko przedrostek "high" z którym nie jestem pewna jeszcze co zrobię dalej. Będzie tak przydatny jak zgaszona zapałka. Ale coś zrobić trzeba będzie. Zawsze coś trzeba. Mimo wszystko zaczęłam sypiać spokojnie. Nie przeszkadzają mi już rozczochrane włosy i pognieciona koszulka. Iskrząca pomadka na ustach cudownie rozświetla uśmiech. Serce, zwykle przepełnione samotnością przestało już czuć się jak pergamin wchłaniający wszystko. Od da...

egzystencja sowy przy kawie

Czarna noc, ubarwiona pomarańczowymi światłami. te kilka świeczek przepełniają, przenikają, przerażają. Wystarczy czasem być jak ptak, w swej prostocie uwikłany, jest tu. jest też tam. A ja mam czasem wrażenie że jestem dokładnie tam gdzie ty się kończysz. Mam dziwne wrażenia, szczególnie nocą. Jestem jak sowa, budzę się w środku nocy i brakuje mi słów. W środku nocy piję kawę, ona pozwala mi nie czuć się sową. A przecież nią jestem, a sowa jest ptakiem... Nocą najbardziej przeraża bycie człowiekiem świadomym, czasem bardziej świadomym od innych. Zazdroszczę tym, którzy śpią spokojnie, akceptują rzeczywistość i nie myślą, ja myślę za bardzo. Myślę rozpamiętując, wspominając i przeżywając. Spędzam bezsenne noce na gdybaniu, na tworzeniu historii które i tak nie maja prawa bytu. Teoretyzowanie każdego momentu czy przemyślane koncepty zdarzeń - tak wyglądają moje noce. To przestaje cieszyć a tworzy złudzenie egzystencji w niebycie moralnym. Bo tak się właśnie czuję, jakbym egzyst...

pod osłoną nocy

Nie wiem czemu tak bardzo lubię księżyc. Szczególnie pełnię. Lubię patrzeć na swoje odbicie w szybie oświetlone tym niezwykłym światłem.... Chwila refleksji, wyciszenia i nabrania pewności. Bo księżyc jest symbolem, jest świadkiem rzeczy o których czasem nikt nie ma pojęcia, pod osłoną nocy, w jego blasku dzieje się najwięcej. Cichy słuchacz i obserwator, który zna wszystkie tajemnice. Wraz z pełnią nastroiłam się na kilka kolejnych tygodni. Lubię dni kiedy wiem czego chcę i nawet błędy stają się mniej ważne w obliczu tego że zdaję sobie sprawę że zmierzam do wytyczonego celu. Lubię też dni podczas których w umyśle utrzymuje się jeszcze wrażenie pełni, jak dzisiaj. To taki mój osobisty talizman z tego księżyca. Bo w czasie pełni zawsze wszystko się układa. Tak jak teraz, siedzę spokojnie z filiżanką i wiem, że tak mogłoby zostać. Drzwi zamknęły się po ostatnim wyjątkowym gościu, świeczki powoli gasną. A wewnętrzny spokój i harmonia władają moją duszą. Pomyśleć że to wszystk...

światem rządzi przypadek.

Zastanawialiście się kiedyś jak bardzo życiem człowieka rządzi przypadek? Zawsze twardo stąpałam po ziemi mając w sercu odrobinę optymistki. Wierzyłam, że mój los leży w moich rękach, że wszystko jest wynikiem podjętych decyzji. Do teraz. Przerażająco uświadamiam sobie, że każdy dzień przybliża mnie do wypełnienia jakiegoś życiowego celu, o którym sama niewiele wiem, bo to nie ja nim kieruję. Światem rządzi przypadek. Czy możecie o swoich największych sukcesach i porażkach opowiedzieć zaczynając od "Gdybym wtedy..."? Gdybym nie poszła w to miejsce, nie pomyliła drogi, gdybym... Wszystko to kwestia przypadku, kwestia jednego kroku, najczęściej zupełnie niezwiązanego z planowaniem przyszłości. Wybierając inne drogi i tak byłabym dzisiaj w tym samym miejscu. Los zawsze doprowadzi do tego co jest nam pisane, niezależnie od naszych usilnych prób przeciwstawiania się przeznaczeniu. Nic co nas spotyka nie dzieje się bez przyczyny. Kiedy zawracamy nie oznacza to porażki, los ch...

something new

Potrzebuję zmiany bardziej niż tlenu czy wody, zdecydowanie bardziej, nieporównywalnie nawet. Wiem, że zmiana tkwi we mnie i we mnie musi się zacząć - właśnie to jest to, czego pragnę. Od dawna wiem kim chcę być, wiem co chcę robić, jest jednak pewnego rodzaju bariera która powstrzymuje mnie przed spełnieniem wszystkim marzeń. To się chyba nazywa moralność. Jestem wredna i samolubna. Jestem zepsuta - wiem to wszystko doskonale. Czasami jeszcze resztki dobra gdzieś się we mnie odzywają, jednym z ich przejawów jest właśnie ta moralna bariera. Wiem, że wystarczy kilka miesięcy a i ją przekroczę. Nie wiem jednak czy chcę sobie na to pozwolić. A może ja nie jestem taka zła? Może potrzebuję po prostu chwili na przemyślenia, może jeśli uda mi się wykonać wszystkie punkty przez lata misternie układanego planu okaże się że cel jest inny, lepszy. Czy mogę sobie jednak pozwolić na to, żeby sprawdzać bez końca, żeby błądzić w zakamarkach umysłów niewinnych ludzi? Czy mogę pozbawiać siebie sum...